home
zaglosuj
historia
regulamin
kontakt
 

Róża Domańska

Właścicielka Księgarni Literackiej im. Witolda Gombrowicza w Radomiu i pomysłodawczynie utworzenia Muzeum Witolda Gombrowicza we Wscholi.

W wywiadzie udzielonemu Arturowi Farbiszewskiemu dla Gazety.pl Radom  Róża Domańska opowiada jak udało jej się doprowadzić do powstania Muzeum. "Dochodziłam do tego takimi krokami. Kiedy w drodze do Warszawy mijałam Wsolę, patrzyłam za te dęby, za te świerki i sobie myślałam: jaki piękny pałac. Byłoby wspaniale dla Radomia, gdyby utworzyć w nim muzeum Witolda Gombrowicza, pisarza znanego w świecie, a w Polsce ciągle jeszcze za mało. Wtedy to było takie nierealne. Ale ze mną już tak jest - czasami myślę i mówię coś zupełnie od rzeczy. Tak jak w 1989 r. na otwarciu księgarni literackiej, kiedy powiedziałam, że zaproszę Ritę Gombrowicz. A przecież nie miałam żadnych możliwości finansowych i organizacyjnych, by tego dokonać. W pierwszej chwili pomyślałam: Domańska, czyś ty zwariowała?! A potem: A może jednak? Zbiegiem okoliczności Kępczyński [Wojciech Kępczyński, w latach 1991-98 dyrektor Teatru Powszechnego im. Jana Kochanowskiego w Radomiu, twórca Międzynarodowego Festiwalu Gombrowiczowskiego - przyp. red.] wystartował z festiwalem, więc ja już jak ta pijawka się do niego przyssałam. I kiedy Rita przyjeżdżała na festiwal, to za każdym razem była też i u nas. Bardzo dobrze się tutaj czuła. Może nawet troszkę się zaprzyjaźniłyśmy, co jest dla mnie wielkim zaszczytem
Gdy dowiedziałam się, że zakład opiekuńczy, który mieścił się w pałacu we Wsoli, zmienia siedzibę, postanowiłam walczyć o miejsce dla pisarza. Pierwszymi powiernikami tego pomysłu byli ówczesny przewodniczący rady miejskiej Tadeusz Derlatka i radny Wiesław Wędzonka. Przyrzekli pertraktacje na tak zwanym szczeblu wojewódzko-ministerialnym. I za to należy im się chwała, bo bez nich nie poszłoby to dalej. Bardzo pomogły też radomskie media. Ale gdybym była sama, to bym sobie mogła w tej prasie gadać, że ja sobie życzę muzeum i jak by to było pięknie, gdyby powstało. Mogłabym apelować o pamiątki po Gombrowiczu, a i tak nic by z tego nie wyszło. Byłam do tego stopnia namolna, że w pewnym momencie starosta Zdzisław Kieszkowski miał mnie dość. Pamiętam taką sytuację. Na radomskim rynku wielkie obchody z okazji 500-lecia uchwalenia Konstytucji nihil novi. Wśród gości chyba Cimoszewicz, ale też marszałek Struzik i Kieszkowski. A ja oczywiście myślę cały czas tylko o jednym. Podchodzę do Kieszkowskiego i pytam: - Panie starosto, co z tym moim muzeum? Spojrzał na mnie i mówi: - A odczep się ode mnie, kobieto!

 - A do kogo mam się przyczepić, jak pan ma wszystko w garści? - Jest marszałek, to sobie z nim pogadaj. Dobrze, pogadam. I prosto od niego poszłam do Struzika i z miejsca "napadłam" na niego. Bardzo uważnie mnie wysłuchał i powiedział na koniec: - Będę wracał po uroczystości do Warszawy, to wstąpię do Wscholi i obejrzę pałac. Bardzo mnie wtedy zmylił, bo odniosłam wrażenie, że traktuje mnie jak wariatkę, której tak tylko dla świętego spokoju się przytakuje. Ale on naprawdę pojechał do tej Wsoli, zobaczył, jak to wygląda. Kiedy zadzwoniłam do niego po kilku dniach, rzeczywiście się ruszyło.
Nie wiadomo było tylko, jak to ugryźć organizacyjnie i formalnie. Rozwiązanie podpowiedział mi Michał Jagiełło, który był wtedy dyrektorem Biblioteki Narodowej. Na jednym ze spotkań w Radomiu, kiedy ja oczywiście jak zwykle zabrałam głos na temat muzeum Gombrowicza, doradził: - Pani Różo, najlepiej, jak Pieniążek [prof. Janusz Odrowąż-Pieniążek, dyrektor Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie - przyp. red.] zrobi z tego filię, a później się zobaczy. Inaczej to będzie trwało latami i nie ugryziecie tego.
Myślę sobie: filia? Ale z drugiej strony, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Powiedziałam o tym Derlatce, który razem z Wędzonką przejęli ode mnie wszystkie te sprawy urzędnicze. Jeździli bez przerwy do Warszawy, aż wreszcie któregoś dnia, a w zasadzie było już chyba wpół do jedenastej wieczorem, dzwoni do mnie Derlatka i mówi: - Pani Różo, wszystko załatwione. Wykrzyknęłam do słuchawki: - Jezu, jak ja pana kocham, jaki pan wspaniały. Hura! Mamy muzeum. 


No i mamy w końcu muzeum.

Gala Kobiety Sukcesu Mazowsza 2012